Kursy i szkolenia prowadzone przez ŻKM Bryza w 2012 roku |
|
Jak co roku ŻKM Bryza przeprowadzi w roku 2012 kursy i szkolenia na stopnie żeglarza jachtowego oraz sternika jachtowego. Pierwsze spotkanie odbędzie się 17 lutego 2012r. (piątek) w sali 103 Zespołu Szkół Elektrycznych ul. Niska 6 o godz. 16:00. Zajęcia teoretyczne odbywać sie bedą w piątki i potrwają do kwietnia. Zajęcia praktyczne prowadzone będą na zalewie Cedzyna k/Kielc przez maj i czerwiec. Egzaminy planowane są w czerwcu. Bliższych informacji udziela Komandor ŻKM BRYZA pod telefonem 41 345 10 94. |
Relacja z klubowego rejsu do Szwecji - 2011 r.
Rok dobiega końca i jest to dobry czas na wspomnienia Zapraszamy tym razem do poczytania relacji "dzień po dniu" z wrześniowego rejsu do Szwecji który odbył się we wrześniu tego roku.
Stało się, kolejny rejs pod banderą Żeglarskiego Klubu Morskiego "BRYZA", zamykamy i zaliczamy do udanych. A o to parę słów o tym co było, co się działo i co przeżyć było nam dane.
Kapitan: - Zbigniew Ornaf
Zastępca kapitana: - Jarosław Wąsik
Załoga:
I wachta:
- Grzegorz Lipiec - 1 oficer
- Michał Różycki
II wachta:
- Paweł Jarosz - 2 oficer
- Dominika Bryła
III wachta:
- Krzysztof Niziołek - 3 oficer
- Malwina Filus
IV wachta:
- Paweł Czarkowski - 4 oficer
- Łukasz Niewadził
V wachta:
- Grzegorz Bakalarski - 5 oficer
- Artur Piwko
Dzień 1. 3 września 2011 r.
Początek historii tej zaczyna się w Kielcach, przy ulicy Ściegiennego, gdzie o godzinie 0200 w nocy, po zebraniu się całej ekipy w ww. punkcie zbornym, nadchodzi pora na zapakowanie bagaży i zaopatrzenia. Następnie omówienie ostatnich kwestii podróży i, niestety znacznie niedospani, przy lekko zachmurzonym niebie, rzucamy sobie tylko krótkie życzenia szerokiej drogi i ruszamy przed siebie podzieleni na dwa auta. Przed nami kawał trasy do pokonania: Kielce-> Łódź-> Toruń-> Gdynia.
![]() |
po same brzegi. |
Bez wejściówek nie dojedziemy do mariny, nie przepakujemy zapasów, nie wspominając o naszych bagażach. Chwila konsternacji. Ale że na domofonie widnieje jeszcze adres Straży Miejskiej, więc decydujemy ich zaatakować. Udaje się - drzwi otwarte. Wchodzimy, a tam Strażacy, Strażnicy Miejscy oraz Pogotowie Ratunkowe- centrum wyposażone jak w filmach :-) I co? Bardzo uprzejmi panowie ze straży pożarnej po kilku próbach ściągają nam kompetentną osobę z UM. W międzyczasie dołącza do nas reszta załogi, dzięki czemu całą zgrają pakujemy się po wejściówki (wjazdówki). Nota bene okazuje się, że jest to zwykły pic na wodę fotomontaż. Albowiem do ich otrzymania, jak się okazuje, wystarcza jedynie ustna deklaracja, ile ich się potrzebuje i podpis na liście! I tutaj dodatkowe zaskoczenie: nie biorą od nas ani numerów rejestracyjnych na jakie samochody te wejściówki zostały wypisane, ani żadnego innego dokumentu, ba - nie zapytano nas nawet, w jakim celu się o nie staramy. Cóż, widocznie nasza determinacja sama w sobie jest na tyle przekonująca, że wszelkie dodatkowe pytania są po prostu zbyteczne :-)
![]() |
![]() |
![]() |

fot. 5 - Bryza na wodzie ... i nie tylko w klubie.

fot. 6 - zmęczeni i głodni po nocnej jeździe. (ALE SZCZĘŚLIWI :-) )
Po kilku chwilach w końcu doczekujemy się: jacht "Warszawska Nike" podstawiony!
s/y Warszawska Nike
| Typ jachtu | Conrad 1420 | Rok budowy | 1982 r. |
| Port macierzysty | Gdynia | Długość | 14.15 m |
| Materiał | Laminat poliestrowy | Szerokość | 4.1 m |
| Właściciel | HOW Warszawa | Zanurzenie | 2 m |
| Armator | HOW Warszawa | Powierzchnia żagli | 103 m2 |
| Wyporność | 20.16 t | ||
| Liczba koi | 12 | ||
| Silnik | Volvo-Penta 58 kW |
Nie zwlekając więc ani chwili dłużej, pakujemy cały ekwipunek na jacht. Potem robimy szybkie zakupy, jakiś obiad, następnie chwila na spacer po porcie i zwiedzanie jachtów, a wieczorem zapoznawcza imprezka :-)

fot. 7 - II wachta w komplecie i pierwszy dzień na jachcie.
Dzień 2. 4 września 2011 r.
![]() |
![]() |
![]() |

fot. 11 - Po tak długim wyczekiwaniu nic dziwnego, że miny szczęśliwe.
Przed nami dwa dni na wodzie. Przewidywano 7o B, ale jak się później okazało, wiało trochę mocniej. :D Początek jednak zaczął się całkiem przyjemnie i niewinnie. Słoneczna pogoda, wylegiwanie się na pokładzie, rozmowy z kapitanem, żarty, kolacja i wieczorna wachta 20 - 24 przy sterze II wachta. Niestety, wkrótce na niebie gdzieniegdzie pojawiają się chmurki, powoli gasnące słońce, i z minuty na minutę robi się coraz ciemniej. Nie dane nam jest zobaczyć zachód słońca. Na 10-tej co jakiś czas widoczne błyski. Ale co poradzić - są, bo taka już ich natura. Twardo trzymam kurs, licząc, że jakoś może uda się nam ominąć burzę. Na pokładzie trzy osoby: ja, Dominika oraz Paweł Cz. Ciemna noc spowija cały okręt. I wtedy pojawia się coś, co trudno nazwać. Wszyscy w tym samym momencie zaczynamy słyszeć powtarzające się dźwięki, jak gdyby ktoś grał na organach zapętloną melodię. Dziwne wrażenie, ale z gatunku tych niezapomnianych, za czym nieraz przyjdzie jeszcze zatęsknić.
![]() |
Pawła złapała senność, zszedł więc pod pokład. Zostało nam półtorej godziny wachty - no, może godzina. Ściskając koło sterowe, nawet nie myślałem o tym, by patrzeć na zegarek, zwłaszcza że wiatr jest przenikliwie zimny, a każdy jego kontakt ze skórą nie przynosił przyjemności. Nagle błyska się i całe niebo w jednej chwili jaśnieje. Robi się tak niemiłosiernie jasno, że jeszcze długo po tym zdarzeniu, mamy pod powiekami jeden wielki, mleczny błysk. Zaskakujące, jak w jednej chwili człowiek potrafi odgonić od siebie sennośćJ Jedna z moich myśli w tym momencie, to czy dopadnie nas deszcz, czy może jednak przejdzie jakoś bokiem. Dominika słusznie stwierdza: "Błyska się, ale nie ma grzmotów, więc pewnie jest daleko". Jej słowa, siłą rzeczy, wlewają w serce trochę otuchy. Jednak owe pocieszenie nie trwa więcej niż 5 min. Dlaczego 5? Bo dokładnie po tym czasie po błyskach zaczynają pojawiać się też i grzmoty. Na początku co 11 sekund - co jeszcze jest dość optymistyczne, ale po kilku minutach czas pomiędzy błyskiem a grzmotem maleje do 4 sekund. W tym samym też momencie, jakby ktoś chciał zrobić nam dowcip i odkręca kran, a nas umieszcza centralnie pod nim. Wtedy też przychodzi mi docenić rady, jakie dostaliśmy od innych, a także znaczenie porządnego sztormiaka. Powtarzam - porządnego! (I tu, tak na marginesie, przestroga dla niewprawionych, a wypływających w rejsy. Zainwestujcie w sztormiak i gumiaki - to się przydaje.) W jednej chwili odechciewa mi się wody, której dookoła jest w bród: z góry woda, po zejściu pod pokład po zakończonej wachcie, woda, w ogóle gdzie się człowiek nie obróci, nieprzebrane ilości wody! Okazuje się, że uszczelnienie masztu jest... No właśnie, otóż tak naprawdę to nie jest, to znaczy ogóle go nie ma! Dlatego tyle wody wszędzie, a teraz jeszcze na dodatek szukając sobie jakiegoś ujścia z pokładu, zaczyna się sączyć strumieniem do naszej kajuty. ??????????????????
![]() |
No bo kładzie się człowiek na plecach, a tu nagle, czy tego chce czy nie, ląduje na boku, układa się na boku, a tu po chwili znajduje się na plecach bądź brzuchu. Zamyka więc oczy, bo cały świat wiruje przed oczami, a tu nagle ląduje się na sztorm-belce. Po prostu istna karuzela! Pal sześć, jeśli zrobi się to w miarę delikatnie, ale przy gwałtownym zejściu z fali, gdy zaczyna wszystko trzeszczeć... Brrrr!
Mówię wam - zgroza! Jednak to nie koniec walki. Bo gdy ja zmagam się z metodą wygodnego ułożenia swojej osoby na koi, załoga dzielnie walczy z coraz bardziej niesprzyjającymi warunkami atmosferycznymi. I tak w jednej chwili płyniemy w stronę Szwecji, by już w następnej zwrócić się w stronę Polski. I tak bez przerwy. :D, Wiatr bowiem, do spółki ze wzmożonymi siłami wody, zawarły sojusz, by skutecznie przeszkodzić nam w sterowaniu jachtem. Sternik jednak nie poddaje się i w końcu po około 30. minutach udaje mu się powrócić na wybrany kurs. Na szczęście to zdarzenie nie opóźnia jakoś specjalnie naszego rejsu. Niemniej jednak daje nauczkę na przyszłość, uświadamiając nam, żeby nie walczyć z niepracującym fokiem, bo jak trzeba będzie, to natura sama wesprze żeglarzy: D. Kolejne godziny mijają już trochę spokojniej. Piszę "trochę", bo po powrocie na kurs zafalowanie wcale się nie zmniejsza. Niemniej gdy zaczyna świtać, mimo że pogoda wcale nie jest lepsza od tej wieczornej, to przynajmniej jest dość sucho (jeśli można tak powiedzieć na pełnym morzu) - w końcu przestaje lać! :P).
Dzień 3. 5 września 2011 r.
Dziś nasz dzień - II wachta w kambuzie. Kochani, spróbujcie nalać wodę z czajnika do szklanki w tych warunkach! A żeglarz potrafi! :D
Początek dnia ciekawy: schodzę z górnej koji i co widzę? Na podłodze niewąska kałuża :D Na szczęście już nie pada, więc i ona od jakiegoś czasu też przestała przybierać na objętości. Na pokładzie cisza. Wszyscy jakby jeszcze zaspani, czy raczej niedospani. Przemykam szybko na pokład by złapać odrobinę powietrza i tak szybko jak się tam znajduję, tak błyskawicznie zbiegam na dół. Neptun z samego rana postanowił mnie przywitać zimnym prysznicem, więc postanawiam nie wchodzić mu w drogę. A znając grafik na cały dzień, wiem już, gdzie spędzę czas. Na szczęście z kukiem się nie dyskutuje, więc zarządzam:
- Skoro sternik jest w zmowie z naturą i buja że aż miło, to tego dnia przez cały dzień będą tylko kanapki!
Załoga próbuje mi utrudnić życie, zamawiając sobie zupki i herbatki, zadanie jednak ostatecznie zostaje wykonane. Muszę się w tym miejscu pochwalić: gotowanie wody i zaparzanie herbatek w tych warunkach mam opanowane do perfekcji. A oto przepis: nisko na nogach, ręce wyciągnięte przed siebie, plecy zaparte o ścianę i - lejemy, panowie. Panie również, oczywiście. Cokolwiek to znaczy :-)
Ten dzień w ogóle upływa nam pod znakiem względnego spokoju. Wymęczeni i przemoczeni do suchej nitki nie przejawiamy zbyt wielkiego zapału do czegokolwiek. W sumie chyba spowodowane to jest pogodą, bo okazuje się, że ciśnienie gwałtownie spadło, co, jak się okaże, wieczorem da niesamowity efekt: gdy już zajdzie słońce morze zacznie się buntować, a fale wzrosną do nawet 5m.! Szczególne uczucie, gdy na horyzoncie najpierw widać światła, a chwilę później nic, tylko pustka i jedyne co widać, to fale, które nas zewsząd otaczają. I tak przez pół minuty.
Po czym znów to samo: światła i fale aż po horyzont. Większość załogi w tym czasie będzie siedzieć (bądź próbować leżeć) pod pokładem. Największą jednak atrakcją okaże się wiatr, który przez kapitana zostanie oceniony na 11-12o B.

fot. 14 - poparcie słów wypisanych w tej relacji.
Dzień 4. 6 września 2011 r.
Pierwszy dzień na Szwedzkiej ziemi. Kapitan zwołuje wszystkich na pokład i powoli, z gracją, udaje nam się przybić do kei. Pogoda naprawdę paskudna. Zachmurzone niebo, zimno, szaro-buro i ponuro. Człowiekowi odechciewa się ruszać.

fot. 15 - Śniadanie na Visby...
Jednak po takim bujaniu wskazane rozprostować kości. Przed śniadaniem ruszamy więc z Dominiką w trasę po nabrzerzu, rozeznać się, gdzie toaleta, informacja i inne niezbędne miejsca, np. sklepy. Niestety, aura sprawia, że po 20. minutach wracamy na jacht. Znowu zresztą przemoczeni do suchej nitki! Na szczęście na jachcie czeka już na nas suto zastawiony stół, więc, nie mogąc się oprzeć głodowi, zaczynamy konsumpcję :D W międzyczasie planujemy rozkład kolejnych godzin. Przyznam szczerze - słuchając opowieści poprzedniej nocy, byłem pod wrażeniem tego, co się działo oraz co widziała wachta nawigacyjna, podczas gdy pozostała część załogi, znajdująca się pod pokładem, jedynie odczuwała bujanie.
![]() |
jeszcze ślady po deszczu. |

fot. 17 - widok z kamerki w porcie Visby na Gotlandii.
Wrócę jednak do samego Visby. Całe miasto otoczone jest przez mury obronne, pochodzące jeszcze ze średniowiecza. Mury są w doskonałym stanie, mimo natłoku turystów, który przechodzi przez to miasto w czerwcu każdego roku.
![]() |
![]() |
Wdzięczni sąsiadom za pomoc (bezinteresowną), rozstajemy się w serdecznej atmosferze i wracamy na jacht, gdzie każdy z nas chce już tylko zasiąść spokojnie ze szklaneczką czegoś rozgrzewającego w ręce i wysłuchać kolejnych, interesujących opowieści kapitana. Dzień kończymy na śpiewach przy gitarze i tu wielki szacunek dla tych co już spali, że nas śpiewających nie wyrzucili z jachtu.
Dzień 5. 7 września 2011 r.
Pobudka w porcie może nie jest tym, co żeglarze lubią najbardziej, ale obudzić się w suchej kajucie, to już coś! Popołudnie spędzone na zwiedzaniu było ciekawym przeżyciem, ale zanim jednak przejdę do dalszej relacji z rejsu muszę powiedzieć o jednej ważnej dla mnie rzeczy: od kiedy rozpocząłem swoją żeglarską przygodę, w każdym odwiedzanym porcie (mieście) lubię przejść się do baru i napić się serwowanej tam kawy. Tu swoje podziękowanie ślę Jarkowi za, na szczęście niegroźne, "zarażenie" mnie tym zwyczajem i za zawsze niezapomniane i miłe towarzystwo przy jej degustacji :D
Ale, ale ja tu pisze o kawie, a pochwalić muszę III wachtę. Tego dnia się postarali i obiadek jaki nam zaserwowali był naprawdę przesmaczny. Wielki szacunek :-)

fot. 20 - Warszawska Nike po przecumowaniu 7.09.2011r.
Dzień ten w ogóle upływa w sielskiej atmosferze. W zasadzie planowaliśmy dość wcześnie wypłynąć, jednak przez lampę nawigacyjną jesteśmy niejako uziemieni - brzmi nieźle, wziąwszy pod uwagę fakt, że jacht znajduje się na wodzieJ Gorzej, że na wyspie są tylko dwa sklepy. W jednym z nich oferują nam ściągnięcie lampy w ciągu 3. dni, drugi z kolei… Cóż, drugi otwiera swoje podwoje dopiero po godzinie 15! Tym sposobem jesteśmy zmuszeni do przymusowego odpoczynku. Jednak z drugiej strony dzięki niemu mamy naprawdę masę czasu na zakupy, na przygotowanie kartek do rodziny i przyjaciół oraz ich nadanie. Gdy mamy to wszystko już poza sobą, następuje jeszcze tylko zamontowanie lampy, symboliczne pożegnanie z Visby i… przed nami kolejne dwa dni na pełnym morzu.

fot. 21 - ostatnie chwile na Visby.

fot. 22 - jak to nazwała pewna Szwedka "ostatnia wieczerza" :D
Wypływamy wieczorem, więc kolejny raz zachwyci nas szwedzka wyspa. Tym razem światła oświetlające nabrzeże, zapierają po prostu dech w piersi. Muszę tutaj przyznać, że długo nie zapomnę uroku świateł farmy wiatrowej. Każdy wiatrak posiadał swoje czerwone światełko, a z oddali całe wybrzeże, usłane takimi właśnie światełkami, przepięknie komponowało się na horyzoncie z ciemnością nocy. Bajeczny widok! :-)
II wachta zaczęła nocne pływanie.
Dzień 6. 8 września 2011 r.
![]() |
![]() |
Dzień 7. 9 września 2011 r.
Pobudka. Dopływamy na Hel, czy raczej powinienem napisać - witamy w Hellu :-) Najważniejsza w tym momencie czynność - prysznic, a potem wyjście w miasto. Część załogi na latarnię, inni do miasta, a jeszcze inni na spacery po plaży. W końcu oddajemy się całkowitemu rozprężeniu i lenistwu. Humory wszystkim dopisują. Choć nie będę ukrywał - zaczęło mnie dopadać nostalgiczne myślenie, że oto już jutro znów będziemy w Gdyni i zaczniemy zmierzać w kierunku domu, rozpoczynając w ten sposób ostatni etap naszej podróży. Dlatego też, oprócz zrozumiałego zadowolenia z powrotu, dopada mnie owa nostalgia - nostalgia za owym bujaniem na morzu, bezkresem fal morskich i tym wszystkim, co niesie ze sobą przebywanie na jachcie :-) Zwłaszcza z tą załogą, której nie zamienił bym na żadną inną.

fot. 25 - ... ohooo przechyły i przechyły ...
![]() |
![]() |
Dzień 8. 10 września 2011 r.
Rano wypływamy z Helu w kierunku Gdyni. Pogoda dopisuje. Morze żegna nas spokojnie, a pogoda sprawia, że nie ma się ochoty na powrót do rzeczywistości. Dobijamy jednak w końcu do mariny w Gdyni. Tam jeszcze tylko szybkie przepakowanie naszych bagaży, sprawdzenie, czy wszystko wzięte, następnie dokonanie porządków na jachcie przed jego zdaniem, na koniec uzupełnienie paliwa i… jacht gotowy do zdania! Załoga przejmująca jacht jest już w komplecie i widać na ich twarzach ten zapał, jaki był widoczny i u nas przed rejsem, by jak najszybciej znaleźć się na wodzie . :-)
Opuszczamy jacht. Jeszcze tylko pożegnania i pora ruszać.
Tak oto kończy się moje wspomnienie o tej żeglarskiej przygodzie. Dla jednych pierwsza, przez to pełna nieznanych dotąd wrażeń, dla innych kolejna lekcja w zdobywaniu doświadczenia. Dla mnie i jedno, i drugie, a to dzięki ludziom, z którymi przyszło mi w tym rejsie uczestniczyć.
AHOJ przygodo.

fot. 28 - Załoga w komplecie 11-09-2011r.
PS. Dedykuję tą relację wszystkim tym, którzy cierpliwie na nią czekali i razem ze mną przeżyli te wysokie fale i silny wiatr. Oraz osobie mi bliskiej, która włożyła niezwykle dużo pracy, aby mnie zmotywować do opisania niniejszego rejsu. No i mojemu „recenzentowi”, który stanął na wysokości zadania.
Paweł Jarosz




















